IMG_1481

Amerykańskie nurkowanie – DUI TEST DIVE I TO, ŻE “KOPARKI” SĄ WSZĘDZIE!

by / Comments Off on Amerykańskie nurkowanie – DUI TEST DIVE I TO, ŻE “KOPARKI” SĄ WSZĘDZIE! / 38 View / August 2, 2013

Wyobraźcie sobie, że lecicie małym samolotem, na nie dużej wysokości nad ziemią. Pod wami łąki, lasy, ziemia poprzecinana liniami dróg, prawie brak “cywilizacji” na widnokręgu. Nagle, w oddali, widzicie jakiś zbiornik wodny, podlatujecie bliżej i nie wierzycie własnym oczom. Z samolotu jesteście w stanie dojrzeć jego dno. Woda jest kryształowa…

Wpisany przez Ula Woźniak

Piątek, 22 Maj 2009 06:27

I to nie jest moment w którym się budzicie. Tak właśnie odkryty został kamieniołom w Lake Rawlings w stanie Virginia, USA. Moje pierwsze wrażenie jak zobaczyłam ten krajobraz – takie nasze małe “kopareczki” w Jaworznie.

Strome zbocza, dużo zieleni. Z jednej strony przystępne zejście do wody. Mały pomościk. Na lewo od zejścia platforma dla nowicjuszy na 1.5m głębokości. Kolejne dwie, głębiej, obojkowane. Poza tym mnóstwo zatopionych atrakcji – łódki, autobus szkolny, do którego można wpłynąć, duży van, mały kabriolecik poważnie nadjedzony przez rdzę, dwie figurki pingwinów, jedna baba w stroju ludowym, jeden kelner w BCD, skrzynka pocztowa, konik na biegunach… Wymieniać dalej? Boisko do grania w koszykówkę z piłkami… No i najważniejsze – SAMOLOT! Wszystko to na tej małej powierzchni, aby cieszyć oko płetwonurków. W weekend, kiedy się tam znalazłam po raz pierwszy, odbywała się duża impreza sponsorowana przez DUI (zresztą na całym świecie były tego typu imprezy w tym samym czasie). W cenie biletu za 8 dołków była możliwość przetestowania suchych skafandrów, porady ekspertów, nurkowanie z opiekunem i krótki instruktaż jak poruszać się pod wodą w suchym, dla tych co nie wiedzą. Poza tym żarcie za free!!! Od DUI! – wspaniała firma.

A co Amerykanie lubią najbardziej? Jeść! Ach te kolejki po hamburgery! I wszyscy w tej kolejce w czapeczkach DUI – TEST DIVER. Fantastico! No, ale zacznijmy od początku… Dojazd z domu do kamieniołomu zajmuje nam około godziny – idealnie. Oczywiście są tu tacy, którzy przyjechali z daleka, daleka, bo to ważna impreza organizowana, co roku. Można tu spotkać prawdziwych amerykańskich kozaków nurkowania – sama śmietanka, przysięgam. Jest tu specjalne wyznaczone dla nich miejsce na rozbicie campingu, gdzie byle nurka i jego autka nie wpuszczą. Przez dwa dni stoi tu na drodze urocza pani w płaszczu (nie widać czy ma cos pod spodem – nic nie wystaje poza owłosionymi łydkami) i kowboyskim kapeluszu… z męskim głosem i przepędza nie-instruktorów na parking, hen, hen daleko. Taszcz sobie ten sprzęt na plecach, jak nie masz skrzynki z kółkami. No my nie mieliśmy. Więc taszczyliśmy, taszczylismy, aż do wyznaczonego, dla centrum nurkowego dywanika, gdzie mogliśmy sprzęcik bezpiecznie zostawić. Rozglądam się i oczom nie wierzę. Pięknie tu, naprawdę. Ale nie wierzę w co innego. Jak ten mały akwenik pomieści steki nurków, którzy opanowali od bardzo wczesnych godzin porannych całą plażę. Skrzynki są wszędzie, trzeba przechodzić jak w labiryncie. Na miejscu spotykamy pozostałych z naszego centrum nurkowego The Dive Shopu, który mieści się w Richmond. Jesteśmy tu, bo Graham zalicza właśnie wody otwarte na kursie OWD. Dla jego grupy wszystko jest nowe i ekscytujące, ja natomiast zgapiam kto i jaki sprzęt ma na sobie. Obawiałam się, że będę wyglądać jak kosmonauta z całym moim “skomplikowanym, technicznym” ekwipunkiem. No i trochę boję się obciachu, jak już wejdę do wody w moim nowym skrzydle (typu dir) i czy będę umiała go ogarnąć. Rozglądam się.

No i nie jestem jedyna w suchym, uff. Tweeny, rebreathery, pełnotwarzowe maski – ho, ho – to wygląda naprawdę poważnie. Pierwsze wejście do wody. Grupa owudziaków bardzo sympatyczna: tata + dwie córki, para starszych wiekiem “narzeczonych” – też z Richmond, ona “nurek certyfikowany”, no i my. Instruktor zarządza, że ja będę w parzę z panią “certyfikowaną” (czy wspomniałam, że ma makijaż na oczach, dużo tuszu – bardzo dużo), jej narzeczony ma być w parze z moim chłopcem. Cóż, ok, ja tu nie rządzę, zgadzam się na wszystko, chcę tylko zobaczyć jak sobie mój towarzysz radzi ze skilasmi. Schodzimy pod wodę. Wszyscy baz problemów trafiają w platformę! No poza moim certyfikowanym buddy, który ląduje na dnie i roztacza wielką chmurę na około. No, ale nic.

W moim nowym sprzęcie czuję się znakomicie, jest czas, żeby pobawić się skrzydełkiem. Zajęcia trwają bardzo długo. Ja z certyfikowaną panią pływamy na około platformy, potem za zgodą instruktora odbijamy w kierunku łódeczki, co by trochę zgapić teren. Po nurkowaniu moja towarzyszka wyraża wielki szacun dla moich zdolności nawigacyjnych, bo ona jak twierdzi już by nie umiała wrócić w to samo miejsce. Cóż, pewnie ma rację, nie będę się sprzeczać. Wszyscy z grupy zaliczyli pierwsze skilsy – HURA! Mała przerwa na powierzchni, jedzonko – DUI stawia! HURA! HURA! No i wracamy do wody. Cały dzień jadę na tej samej butli, wszystko to płytkie nureczki. Z wody wychodzę z 1000! Ha, no właśnie, inne miary głębokości, wiatru w butli, inaczej pokazują wszystkie przyrządy – trzeba się tego szybciutko nauczyć. Po drugim nurku, spotykam pierwszego znajomego instruktora. Bardzo zacny jegomość. Z 30 letnim stażem, właściciel centrum nurkowego w Outer Banks (tam gdzie te cudne wraczki, o których pisałam w “H2O”). Zamieniamy kilka słów, umawiamy się na wspólne nurkowanka już wkrótce. Marzyłam o powrocie do Outer Banks! Yay! Dzień drugi. W bazie nurkowej przy kamieniołomie muszę naładować butle. Właściciel bazy jest fajnym gościem, z takim polskim nurkowym poczuciem humoru. Mi to jak najbardziej odpowiada, co tu gadać, wreszcie bratnia dusza. Są jednak tacy, którym ten rodzaj bezpośredniości nie pasuje. No kto? Jak myślicie? Pani “certyfikowana” pyta czemu jest pan taki nie uprzejmy? No ręce mi opadają, znowu – skąd ona się wzięła…. Ale to jeszcze nie koniec o tej Pani.

Na pierwszych, z dwóch nurkowań tego dnia, postanawiam rozejrzeć się szerzej, co tu ciekawego pod wodą. Pani idzie ze mną. Dziś bez trójpalczastych rękawiczek, bo dzień wcześniej miała problem z pokazaniem ile ma powietrza w butli i się tym strasznie zdenerwowała bidula. Plan jest prosty, umawiamy się na lądzie, ze robimy wielkie kółko tak co by ogarnąć wszystkie widziane z brzegu bojki. Tam są najciekawsze rzeczy do zobaczenia. Planowałam zacząć od samolotu, ale płynąc w jego kierunku po chwili pojawia się pod nami wielka dziura i zdaję sobie sprawę, że nie sprawdziłam na jakiej głębokości jest ten samolot – mea culpa, nie chce zabierać tej Pani za głęboko. Daję jej zatem znać, że idziemy wzdłuż opadającej ścianki. Muszę powiedzieć, że było to najciekawsze nurkowanko przez ten cały weekend. Udało mi się zobaczyć prawie wszystko co tam zatopiono. Najbardziej interesował mnie van zatopiony przez instruktorów z the Dive Shop. Słyszałam w jakich okolicznościach się tam znalazł i naprawdę nie mogłam uwierzyć w tą historie. Jeden z gości z tego właśnie centrum nurkowego rozpędził się tym vanem z urwiska ( kilka dobrych metrów) i “zaparkował” go pod wodą. Czaicie taką akcję? A pan do najmłodszych nie należy. Także z uśmiechem na ustach, po zrobieniu dosyć dużego kółka zbliżamy się do pomostu tym razem z drugiej strony. Pytam Panią czy wszystko w porządku, ona mi na to rozpościera ręce na boki z pytaniem, jak się domyśliłam – A GDZIE SAMOLOT!? Tak właśnie przestała mnie lubić, widziałam tego dąsa na powierzchni – nie pokazałaś mi samolotu – koniec znajomości…. Trudno, jakoś to przeżyję. Po zakończeniu kursu OWD – który wszyscy zaliczyli, mieliśmy wolny czas ta testowanie skafandrów DUI – nareszcie!

I tu znowu przygody. Pan divemaster, już na nas czeka. Szybciutko wchodzimy do wody, zakładamy płetewki i ciach – gotowi do zejścia pod wodę. Jest z nami jeszcze jeden nurek, ubieranie się idzie mu się znacznie dłużej niż pozostałym. Nie wiem, co tam gmera w tym sprzęcie, ale wyraźnie nie może się ogarnąć. Ach! Już widzę. On sobie dopasowuje dokładnie maskę do twarzy, ale ta maseczka nie jest taka sobie zwykłą maseczką. Ma dwa nauszniczki, które zakrywają całe uszęta – i te właśnie nauszniczki połączone są z maską dwoma kabelkami…Cóż za wynalazek. Pan wygląda jak z filmu science fiction. Na to wszystko wpycha kaptur – oj ciasno się robi w tym kapturze panu. OK. Wszyscy gotowi, dajemy z płetwy do pierwszej bojki i schodzimy na platformę. Na platformie – raz, dwa, trzy osoby – a gdzie czwarty? Oj wisi… Zejść nie może… Jednak schodzi, bardzo szybko, coś się wierci dziwnie, coś pokazuje – aj, bucik się rozwiązał, pomożemy. Już gotowy. OK. OK.! Możemy płynąć. Pokazuję panu, co by śmiało płyną pierwszy za divemasterem, wolę mieć go na oku, bo widzę, że dobrze nie jest wcale. On jednak nalega, chce być ostatni w szyku. Przy pierwszym obiekcie zakręcamy w lewo, wyprzedza, widać zmienił zdanie. Teraz jest po środku, jejku, znowu cos nie tak! Próbuje złapać za płetwę mojego kolegę, nie udaje się. Podpływam i pytam co się dzieję. Odpowiada wszystkimi odnóżami, że wychodzi.

Tak to właśnie było. Wygląda na to, że nurkowanie w DUI to prawdziwe wyzwanie i przyjemność, lecz nie dla wszystkich. Po wyjściu z wody spotkaliśmy nasze ulubione narzeczeństwo – też szli na DUI – TEST DIVE.

Ciekawi mnie jakie oni mieli przygody, pewnie nigdy się nie dowiem.

Z Ameryka,

Wasza korespondentka

Urszula