image2009a4605

Góry, ludzie i medycyna – w górach tak jak pod wodą są strefy śmierci, które przekracza się na własne ryzyko.

by / Comments Off on Góry, ludzie i medycyna – w górach tak jak pod wodą są strefy śmierci, które przekracza się na własne ryzyko. / 387 View / August 2, 2013

Wpisany przez Administrator
Piątek, 10 Czerwiec 2005 00:00
Góry, ludzie i medycyna – w górach tak jak pod wodą są strefy śmierci, które przekracza się na własne ryzyko. Tam gdzie inni nie docierają o nas decyduje zdrowie, doświadczenie, umiejCtności i chyba … szczęście…
WYPRAWA NA NANGA PARBAT: Rozmowa z Grzegorzem Benke, lekarzem Polskiej Zimowej Wyprawy na Nanga Parbat (8125 m) w Himalajach oraz Ryszardem Pawłowskim, uczestnikiem ekspedycji

MONIKA ROGOZIŃSKA: Po dojściu do bazy pod Nanga Parbat (3900 m.) niektórzy z nas odczuwali przez pierwsze parę dni zadyszkę, bóle głowy, nudności, brak apetytu, gorzej spali.Wiadomo, że człowiek przeniesiony nagle na szczyt Nanga Parbat (8125 m) po trzech minutach straci przytomność a potem umrze. Od kiedy zaczęto zauważać wpływ wysokości na organizm i naukowo go badać?
GRZEGORZ BENKE: Zauważono na pewno bardzo dawno, bo osadnictwo w wysokich rejonach gór świata jest starsze niż jakiekolwiek doniesienia czy zapiski. Można powiedzieć, że praktyka medycyny górskiej wyprzedziła jakąkolwiek teorię, bo ludzie, mieszkając w Ameryce Południowej czy w Nepalu na wysokości 4500 m, już musieli się spotykać z jakimiś dziwnymi objawami, które przypisywali pewnie złym duchom, demonom, wyziewom skalnym i innym podobnym rzeczom.
Pierwsze wzmianki o wpływie wysokości, zarówno ostrym jak i przewlekłym, na organizm człowieka zawdzięczamy kronikom pewnego biskupa, który opisał zdobycie Ameryki Południowej przez Hiszpanów. Wspomina on, że kobiety przywożone z Europy zamieszkując położone w Andach miasta nie mogły zajść w ciążę. Aby mieć potomstwo musiały na jakiś czas schodzić niżej.

Z okresu międzywojennego pochodzą ciekawe relacje o wpływie wysokości na układ nerwowy, na psychikę człowieka. W 1924 r. w czasie wyprawy na Mt Everest (do dzisiaj nie wiadomo czy zwycięskiej, bowiem George Leigh Mallory oraz Andrew C. Irvine byli ostatni raz widziani na wysokości 8600 m kiedy szli do góry, skąd nigdy już nie wrócili -M.R.) opisano halucynacje typu oglądanych balonów na wierzchołkiem czy alpinistę, idącego jako partner obok wspinacza, z którym ten dzielił się jedzeniem nie zdając sobie sprawy, że to tylko omam.

312702ca4d8a67a2bb2c7622373c73e4

 

Grzegorz Benke w obozie I (4900 m) Polskiej Zimowej Wyprawy na Nanga Parbat (8125 m)
RYSZARD PAWŁOWSKI: W 1993 r. razem z Bogdanem Stefko stanęliśmy na wierzchołku Nanga Parbat w 14-tym dniu od założenia bazy, a więc dosyć szybko. W czasie zejścia ze szczytu wyraźnie widziałem namiot i odpoczywających na hamaku zaprzyjaźnionych angielskich alpinistów, którzy mieli dołączyć do nas nieco później. Nawet się zdziwiłem, że tak szybko nas dogonili. Na szczęście bardzo nie chciało mi się do nich iść, chociaż gestami nawoływali mnie i zapraszali do siebie. Dobrnąłem do swojego namiotu na wys. 7200 m. Że dobrze zrobiłem przekonałem się, kiedy przyszedł Boguś i zapytał czy też widziałem budkę z coca-colą.?
M.R.: Czy szliscie bez tlenu?
R.P.: Oczywiście, że bez, na takie góry nie wchodzi się na tlenie.
G.B.: Uważam, że początek współczesnej medycyny górskiej przypada na lata pięćdziesiąte i wiąże się z pierwszymi powojennymi, dobrze zorganizowanymi wyprawami himalajskimi. Największy chyba wkład wnieśli Anglicy poczynając od zdobycia Everestu. Po ekspedycji kierowanej przez Johna Hunta w 1953 r. w piśmiennictwie fachowym ukazało się bardzo dużo medycznych publikacji, chociaż patrząc ze współczesnego poziomu wiedzy nie wszystkie te stwierdzenia były prawdziwe. Klasycznym przykładem jest to, że choroby układu oddechowego na wysokości przypisywano zapaleniu płuc i leczono lekami przeciwbakteryjnymi co oczywiście pomóc nie mogło. Natomiast nikt nie stwierdził, że istnieje coś takiego jak wysokościowy obrzęk płuc wynikający z niedotlenienia. Leków moczopędnych we wpółczesnym rozumieniu, które w takim przypadku ratują życie, wtedy jeszcze nie znano.
Zainteresowanie jakie wzbudziły obserwacje lekarzy wypraw himalajskich zaowocowało powstaniem programu naukowego. W okolicach lodowca Khumbu, w Nepalu, w pobliżu Everestu, na wysokości ok. 5600 m postawiono metalową beczkę, w której przez sześć miesięcy Anglicy prowadzili badania nad fizjologią zarówno mieszkańców jak i osób, które tam przychodziły z daleka. Z tamtych mniej więcej czasów pochodzą podstawowe stwierdzenia, których trzymamy się do dzisiaj, np. to że pierwszą barierą dla organizmu na której mogą wystąpić niekorzystne objawy fizjologiczne jest wys. ok. 3500m, że baza założona wyżej niż 5500-5600 m nie jest miejscem gdzie ludzie są w stanie odpocząć, że aklimatyzacja sięga mniej więcej 800 do 1000 m powyżej ostatniej spędzonej nocy. Wtedy też określono granicę czy strefę śmierci wysokościowej na 7800 m co oznacza, że powyżej tej wysokości, mimo dobrej aklimatyzacji, dłuższy pobyt musi spowodować całkowite wyczerpanie organizmu. To są dzisiaj już klasyczne poglądy, z którymi polskie wyprawy wybierały się kiedyś w góry najwyższe.
M.R.: Annapurnę (8091 m), pierwszy szczyt ośmiotysięczny na którym stanął człowiek, francuscy alpiniści zdobyli w 1950 r. w tzw. “podnieceniu maxitonowym” czyli pod wpływem środków farmakologicznych. Herman Buhl wchodząc samotnie i schodząc z Nanga Parbat w 1953 r. popijał z buteleczki wyciąg z koki, a potem łykał pigułki przepychając je przez gardło śniegiem, ponieważ nie miał już nic do popicia. Z dzisiejszego punktu widzenia wejść tych dokonano na dopingu.
G.B.: Sądzę, że w tamtych czasach wyobrażano sobie, że wejście nawet na stosunkowo niski szczyt ośmiotysięczny przekracza możliwości zdrowego człowieka. Góry te zostały zdobyte jakby rzeczywiście na pograniczu wydolności człowieka. Szczególnie Francuzi ponieśli dosyć ciężkie obrażenia w postaci odmrożeń, właśnie z racji tego, że pod wpływem pobudzających leków psychotropowych, zapominali o najprostszych sprawach typu rękawiczki. Wydaje się, że gdyby stosować do tych wejść kryteria czystego sportu to oprócz leków tego typu można by zanegować wiele innych ułatwień technicznych na przykład tlen.
M.R.: Herman Buhl swoje zwycięstwo także przypłacił odmrożeniami i amputacją palców stóp.
G.B.: Warto w tym momencie przyjrzeć się zdjęciom himalaistów z lat dwudziestych. Na fotografiach stoją genetelmeni w pojedyńczych, kutych gwoździami butach, w tweedowych marynarkach. 10 czy 15 lat temu jakaś firma angielska nawet poszukiwała próbek z tych marynarek, żeby podobny materiał wyprodukować teraz.
M.R.: W tej chwili przecież także używa się środków farmakologicznych, tyle że to co uznane jest za doping w sportach wyczynowych w alpiniźmie ratuje życie.
G.B.: Teoretycznie tak, natomiast praktycznie, moim zdaniem, w przypadku wysiłku większego niż parę godzin, środki dopingujące nie powinny być stosowane, ponieważ nadmierny wydatek energii pod wpływem tych leków, może po upływie pewnego czasu spowodować gwałtowne załamanie organizmu.Dlatego w mojej apteczce nie ma takich srodków.
R.P.: Czy jednak nie warto mieć w sytuacjach ekstremalnych czegoś takiego jak “ostatnia deska ratunku”? Wanda Rutkiewicz kiedyś mówiła mi, że dzięki pigułce otrzymanej od lekarza zeszła z K2. Jurek Kukuczka też nosił jakąś tabletkę przez kilka wypraw, aż ją wreszcie wyrzucił.
Mnie akurat podana na Lhotse w chwili skrajnego wyczerpania, podobno wzmacniająca, pigułka mało co nie wykończyła. Zupełnie osłabłem.
M.R.: Zauważyliście zapewne, że mieszkańcy wysokich gór stale coś żują? W Ameryce Południowej są to liście koki. Tutaj, w Pakistanie też plują jakąś zieloną rośliną.
R.P.: To chyba to samo zielsko jakiego używają górale Afganistanu. Nazywają je “nos”. Wkładają między dolną wargę a zęby i trzymają. Widocznie wchłania się w tym miejscu najlepiej. Na pewno ma ono duże działanie pobudzające. Jeśli widziałem szalonych kierowców na Karakoram Highway to zawsze mieli w ustach “nos”. Kiedyś kolega spróbował z ciekawości tego zielska, tylko zamiast wypluć połknął je. Zupełnie ścięło go z nóg tak jakby był bardzo pijany. Nie kontaktował, miał nudności, torsje. Trwało to kilka godzin.
G.B.: Część leków potrafi też być bardzo zdradliwa. Kiedyś był modny glukardiamid. Mówiło się, że jak człowiek possie takie glukardiamidowe cukierki, to będzie miał więcej sił. Na którejś wyprawie poczęstowaliśmy nimi tragarzy. I wszyscy padli z tętnem 140. Leżeli gdzieś w krzakach i nie byli w stanie iść dalej.
M.R.: Czy jest jakaś wzorcowa apteczka dla wypraw himalajskich?
G.B.: Ostatnią próbą opracowania takiego standartu był artykuł w “New England Journal of Medicine” z 1993 r. gdzie lekarz wyprawy everestowskiej dzieli się swoimi przemyśleniami i podaje skład zarówno apteczki bazowej jak i dla poszczególnych obozów.Ostatecznie jednak zestaw leków zależy od własnych doświadczeń lekarza przygotowującego apteczkę.
M.R.: Medycyna unowocześnia się podobnie jak sprzęt. Jakie nowinki dotarły do himalaizmu?
G.B.: Istotnym krokiem w poprawianiu zdolności aklimatyzacyjnych na średniej wysokości, czyli od 3000 do 5500-6000 m, było zastosowanie acetazolamidu pod nazwą firmową “Diamox”.
M.R.: Niektórzy powiadają, że działa on jak placebo…
G.B.: Tego nigdy nie da się oddzielić – w jakim stopniu lek wpływa na psychikę, a w jakim ma naprawdę działanie farmakologiczne, a właściwie powinno się powiedzieć farmakodynamiczne. Ważnym momentem było pojawienie się możliwości zwalczania ostrej choroby wysokościowej czyli obrzęku płuc i mózgu dzięki wprowadzeniu nowoczesnych leków moczopędnych, odwadniających. Postępem były wysokociśnieniowe butle tlenowe. Zamiast duralowych francuskich wprowadzono tytanowe rosyjskie. W tej samej objętości, przy tym samym ciężarze butli można zmagazynować więcej tlenu na znacznie dłuższy okres czasu.
Kolejnym istotnym krokiem, znanym gdzieś od 10 lat, było wprowadzenie przenośnej komory ciśnieniowej czyli w wolnym tłumaczeniu “worka Gamowa”, który w tej chwili można na przykład w Nepalu wypożyczyć właściwie na każdą wyprawę. Umożliwia on zwiększenie ciśnienia otoczenia, w którym znajduje się chory o ponad 200 mlimetrów słupa rtęci, czyli jakby “ściąga się” delikwenta o półtora kilometra niżej. Wsadza się po prostu człowieka do worka i pompką zbliżoną do motocyklowej pompuje. Są małe worki na jednego człowieka i duże na dwóch, tak aby chory mógł wejść z opiekunem.
R.P.: W większości gór bardzo łatwo można wytracić wysokość, po prostu szybko zejść. W Tybecie jednak, który sam leży na wys. 5000 m. nie ma gdzie uciec i worek Gamowa ma tam ogromne znaczenie w ratowaniu życia.
M.R.: Wiem, że masz jakiś nietypowy tlen…
G.B.: Chodzi ci zapewne o tlen medyczny, a nie tlen do oddychania podczas ataku szczytowego. Dostaliśmy coś co w żargonie nazywa się granatem tlenowym, czyli związek chemiczny w postaci proszku, który pod wpływem dostępu powietrza, przez kilkanaście minut wydziela tlen w ilości wystarczającej do prowadzenia na przykład akcji reanimacyjnej na wysokości..
M.R.: Niektórzy wybitni alpiniści nie są w stanie zdobywać Himalajów. Wysokość 6-7 tys. m jest progiem, którego nie mogą przekroczyć. Od czego zależy ta indywidualna bariera aklimatyzacyjna?,p> G.B.: Dzisiaj nauka stwierdza, że odpowiedź organizmu na wysokość jest bardzo zindywidualizowana. To co jednego jest w stanie zabić w ciągu dwóch czy trzech dni, inny człowiek jest w stanie z dużym wydatkiem sił przetrzymać. Nie do końca zbadanym fenomenem jest łatwość czyli jakby gotowość adaptacji do wysokości przy kolejnym wyjeździe osób, które już wcześniej przebywały wysoko. Określenie jednak, jeszcze na nizinach, kto się będzie wstanie dobrze aklimatyzować a kto nie, nie jest możliwe. Każdy musi to sprawdzić na sobie sam.
R.P.: Opowiadano mi, że uczestników pierwszych prestiżowych radzieckich wypraw na ośmiotysięczniki typowano między innymi na podstawie badań wytrzymałościowych w komorach ciśnień. Kandydat na himalaistę siedział w komorze “windowany” coraz wyżej dopóki nie zemdlał. Był gość, który wytrzymał blisko 9000 m, a więc powyżej czubka Everestu. Na wyprawę pojechał jako najlepszy, a potem mało co nie umarł na znacznie mniejszej wysokości. Zupełnie nie sprawdziły się te badania.
M.R.: Dlaczego najtrudniej zaaklimatyzować się młodym ludziom, poniżej 20-stki? Czy wiadomo jaki jest przedział wiekowy w którym najłatwiej przystosować się do dużych wysokości?
G.B.: Długo twierdzono, że idealny wiek dla himalaisty to powyżej trzydziestu, a nawet koło czterdziestu lat. Wydaje mi się, że tę granicę należałoby znacznie obniżyć. Są natomiast różne teorie próbujące wytłumaczyć dlaczego bardzo młodzi ludzie mają większe trudności z aklimatyzacją. Jedna z nich wiąże zdolność aklimatyzacji ze zdolnością organizmu do wychwytywania tlenu z krwi przy maksymalnym wysiłku. Ta sprawność funkcji zaopatrzenia tlenowego dla przeciętnego człowieka wynosi ok. 25-30 mililitrów tlenu na kilogram wagi ciała na minutę. U wytrenowanych biegaczy narciarskich liczba ta sięga powyżej 40. Reinholda Messnera, pierwszego zdobywcę Korony Himalajów, wyceniano na ok. 80, ale chyba nikt do tej pory tego nie sprawdził.Być może ta zdolność u młodych ludzi jest mniejsza, lub zapotrzebowanie na tlen większe. Młody rozwijający się organizm jest prawdopodobnie w ogóle bardziej wrażliwy na wszelkie niekorzystne czynniki środowiska i ostrzej na nie reaguje.
M.R.: Jak brak aklimatyzacji wpływa na psychikę alpinisty a jak psychika alpinisty może wpłynąć na proces aklimatyzacji?
G.B.: Myślę,że w grę wchodzi tu kwestia doświadczenia. Wiadomo, że starsi ludzie mają większe doświadczenie nie tylko górskie ale i życiowe – lepiej radzą sobie w trudnych sytuacjach. Stres, który towarzyszy młodemu człowiekowi jadącemu po raz pierwszy w wysokie góry może upośledzać aklimatyzację do dużej wysokości.
Natomiast psychika może wpłynąć ujemnie w przypadku ludzi mających dużą pewność, że organizm ich nie zawiedzie. Nadmiar silnej woli może być jak doping – pchać człowieka do granic możliwości fizycznych skąd nie ma już odwrotu. W wyjątkowo trudnych warunkach taki “tytan silnej woli” może znaleźć się w sytuacji bez wyjścia. Wejdzie na przykład na jakiś szczyt z którego już nie zejdzie.
M.R.: Co oznacza pojęcie euforii wysokościowej? Oczywiście nie myślę tu o zwykłej radości np. po zdobyciu szczytu.
G.B.: Euforię wysokościową można porównać do jakiegoś typu zatrucia tak jak np. euforia poalkoholowa. Na skutek niedotlenienia komórek mózgowych dzieje się coś co wprowadza człowieka w dobry nastrój. Celowo mówię coś bo nikt nie wie co dokładnie. Opisane są przypadki, kiedy alpiniści pod wpływem euforii wysokościowej wyrzucali sprzęt, rękawiczki, ucieszeni schodzili na dół i zbierali kwiatki na lodowcu, bądź nie zwracali uwagi na zapięcie się w śpiworze. Różnica między zwykłą radością a euforią o jakiej mówimy jest taka jaka między informacjami himalaistów przekazanymi ze szczytu przez radiotelefon: pierwszego – “stoję na wierzchołku, jestem szczęśliwy, jest pięknie i schodzę do bazy” oraz drugiego – “stoję na wierzchołku, jestem szczęśliwy, jest mi tu tak dobrze, że zostaję”.
Jeszcze trochę a prawdopodobnie będzie potwierdzona następująca teoria nad którą pracują Amerykanie. Brak tlenu jest dużym stresem dla organizmu, który wtedy jest w stanie wytworzyć w płynie mózgowo-rdzeniowym białka podobne do morfiny, powodujące reakcje zbliżone do tych jakie odczuwa się po “twardym” narkotyku. Niektórzy twierdzą, że jest to jedyny powód dla którego ludzie wchodzą na wysokie szczyty (!) co oczywiście spłaszcza ideologię naszego sportu. Jednak fizjologia nie może zależeć od ideologii.
Generalnie podsumować trzeba tak: całość wydarzeń, które dzieją się w organizmie człowieka pod wpływem dużej wysokości nie jest do końca zbadana. Ogromne trudności jakie z takimi badaniami się wiążą wskazują, że nie prędko będzie można dokładnie powiedzieć patrząc na wykres indywidualnej sprawności alpinisty – jesteś w tym miejscu, a za dwa i pół dnia grozi ci deterioracja i przewlekła choroba wysokościowa.
R.P.: A jaki wpływ ma genetyka na aklimatyzację? Prowadziłem w ubiegłym roku prestiżową, pierwszą wyprawę Indonezyjczyków na Mt Everest. Ze względu na rok wyborów prezydenckich oraz rywalizację z Malezyjczykami wydali na przygotowania do niej mnóstwo pieniędzy. Wybrano najlepszych z możliwych – najsprawniejszych komandosów z oddziałów specjalnych. Zafundowano im wcześniej trzy miesiące aklimatyzacji zimą w Nepalu. Mimo stworzenia takich warunków, pomocy Szerpów, wchodzenia na tlenie, na Evereście ci ludzie wyglądali jak małe zagubione dzieci. Byli bardzo słabi. Trzeba było ich zawrócić, bo baliśmy się, że poumierają. Nie umieliśmy sobie wytłumaczyć ich słabej kondycji.
G.B.: O genetyce można mówić tylko zajmując się stałymi mieszkańcami wysokich osiedli. Robiono badania antropometryczne. Stwierdzono większą pojemność oddechową, beczkowate klatki piersiowe, niski wzrost, wyższy poziom hemoglobiny i.t.p. Natomiast nikt w tej chwili nie bada różnic pomiędzy grupami etnicznymi, bo każdy kto o tym wspomni jest natychmiast oskarżany o rasizm. Być może pewne populacje ludzkie są mniej zdolne do aklimatyzacji, ale żeby nie popaść w tenże rasizm nie można tego powiedzieć głośno.
Wracając do Indonezyjczyków – nie jest wykluczone, że w czasie długiego, zimowego pobytu w Nepalu zachorowali na przewlekła chorobę wysokościową, czego nikt nie zauważył.
R.P.: Mówiliśmy kiedyś o dziwnej prawidłowości: większość najwybitniejszych polskich himalaistów pochodzi ze Śląska na którym jest na pewno zmniejszona ilość tlenu. Czy to według ciebie ma jakieś znaczenie?
G.B.: Może mieć, ale trzeba by to zbadać i policzyć. Przyzwyczajenie do przewlekłego niedotlenienia może być elementem aklimatyzacji. Do tego wystarczy palić papierosy i przestać w odpowiednim momencie…
R.P.: Jurek Kukuczka tak właśnie robił. Na dole palił, a w górach przestawał.
M.R.: Mimo wszystko nie należy polecać tego typu metod alpinistom.
G.B.: Dziś na przykład wiemy, że możliwe są bardzo szybkie wejścia i zejścia z wysokich szczytów bez aklimatyzacji, przy doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej. Przez kilka dni organizm jeszcze jakby nie zdąża zacząć się adaptować, jakby nie zauważa warunków zewnętrznych w jakich się znalazł. Nie można jednak zatrzymać się na przymusowy biwak, bo to oznaczałoby śmierć. Organizm szybko zacząłby deteriorować czyli rozwinęłyby się objawy ostrej choroby wysokościowej (obrzęk płuc, obrzęk mózgu).
R.P.: Marcel Ruedi, który wchodził po Krzyśku Wielickim na Makalu (8481 m), na wierzchołku był w sześć dni po wylocie bodaj z Zyrychu, lecz przy zejściu trudne warunki zmusiły go do biwaku, po którym zszedł jeszcze 100 m i zmarł.
M.R.: Reinhold Messner i Peter Habeler udowodnili w 1978 r. wchodząc na Everest, że możliwe jest wejście bez tlenu. Bardzo długo uważano, że nie da się stanąć na ośmiotysięcznym szczycie bez pomocy tlenu.
G.B.: W niesprzyjających warunkach, na przykład w niżu, przy bardzo niskim ciśnieniu atmosferycznym, można powiedzieć, że nadal tak jest. Podczas załamania pogody, ciśnienie atmosferyczne na wierzchołku np. Everestu, który ma 8848 m. może odpowiadać wysokości większej nawet o kilkaset metrów. Taki klasyczny już przypadek zdarzył się w latach 70-tych, kiedy cała grupa najlepszych alpinistek rosyjskich, a było ich chyba 7, zmarła w namiotach w obozie pod szczytem Piku Lenina na wys. ok. 7000 m. Podobno był tak ogromny niż, że wysokość tego obozu “podskoczyła” o kilkaset metrów na co nie były aklimatyzacyjnie przygotowane.
Od ok. 9000 m. ciśnienie parcjalne tlenu jest za niskie, aby tlen mógł być przenoszony przez czerwone krwinki. Pilotom latającym na dużych wysokościach nie wystarczają maski tlenowe – muszą oni używać kombinezonów bądź kabin wypełnionych tlenem pod zwiększonym ciśnieniem, które niejako “tłoczą” do płuc mieszankę oddechową.
M.R.: Człowiek zaczął przekraczać coraz wyższe granice ponieważ przestał się bać. Jego wyobraźnia sięga coraz dalej i poczyna sobie coraz śmielej.
G.B: Tak jest. Przestało się bać bardzo wielu ludzi, ale tylko niektórzy mają do tego pełne prawo. Zwiększyła się zatem ilość wypadków zawinionych, wynikających z przeceniania własnych możliwości. To co jest dostępne dla nielicznej grupy wytrenowanych ludzi, którzy bywają co roku, lub po kilka razy w roku w górach najwyższych, niekoniecznie musi być dostępne dla wszystkich, nawet dla tych, którym się wydaje, że są wystarczająco mocarni.
Informacja o Grzegorzu Benke
Grzegorz Benke – chirurg ortopeda. Pracownik Kliniki Ortopedii Akademii Medycznej w Warszawie. Żonaty, syn lat 12. Wspina się od 1972 r. Brał udział w wyprawach: w Hindukusz Afgański (nowa droga na Qala-i-Panja, ok.6350 m.), w Pamir (Pik Lenina 7134 m, Pik Korżeniewskiej 7105 m) w Himalaje Nepalu i Indii (Dunagiri 7066 m);
lekarz ekspedycji na K2 w Karakorum oraz na Kanczendzongę (Yalung Kang) w Himalajach Nepalu.
Tekst i zdjęcia Monika Rogozińska z himalajskiej bazy w dolinie Diamir (Pakistan)
“Rzeczpospolita”